W życiu nie doznałem
większej nagrody i zadośćuczynienia jak to kiedy podczas pobytu i
całej tej szarpaninie przemieszczania się z miejsca na miejsce,
ktoś z miejscowych bierze mnie za tutejszego. Dla mnie to coś więcej
jak tylko ukoronowanie misji poselskiej, która udaje się do Nowego Świata w celu powiedzenia, "tak będę się kąpał w twojej wannie i
prosił o miejsce w lodówce. Całe te starcia z przyjeżdżaniem i
umawianiem się co do zasad "my" i "ty" przypominają coś w rodzaju
pierwszych rozmów Dwighta Eisenhowera z obcymi w Roswell. Bez dotyku i z
szybkim płaceniem. Boże jakie to jest przyjemne uczucie zmyć z
siebie choć na chwilę zlepiony razem z podróżnym potem bród
definicji turysty razem z tym około-dworcowym systemem pląsów
przypominający nikomu nieznany nowy taniec. O szyku bojowym nie może
być tutaj żadnej mowy. Turyści są trochę jak Inkwizycja, kwestionująca nowe zasady, ale nie maja nic wspólnego z
konkwistadorami pokroju Corteza czy Pizarro. Kwestionując lokalne
herezje logiczne, nie potrafią jednak zdobyć się na gwałtowność
jaka towarzyszyła Hiszpanom w dawnych czasach. Przerażeni próbują
za wszelką cenę dostać się do swojej wcześniej zarezerwowanej
kwatery, do swojej nowej lodówki i wanny, namiastki ładu i spokoju.
Drugim istotnym
przywilejem jest ten moment kiedy to turystyczna "rzymska ekwickość" przybyłych dostrzeże "pentakosiomedymnoi " w twojej osobie. O
tyle o ile oszukanie miejscowego to niełatwa sprawa, gdyż zazwyczaj
udaje się to mówiąc jednokrotnie złożone zdania, to z turystyczną bohemą świata jest to znacznie łatwiejsze. Z miejscowymi to trochę
jakby odegranie spektaklu teatru dramatycznego, gdzie wynik
finału jest znany wszystkim jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywek, tak
jakby Katarczycy kupili rozgrywki Ligi Mistrzów. Tymczasem po
drugiej stronie czeka nas sześcio-sezonowy serial spod znaku: A to
wy jesteście rodziną? A gdzie tu się zapala światło? A jaką kartę
do telefonu najlepiej kupić? A gdzie najlepiej zjeść? Te i inne
pytania coraz bardziej uzmysławiały mi, że powoli staję się
częścią domu z tabliczką na drzwiach - Maida Begić. Tak samo jak
właścicielka apartamentu szczerzy w Mostarze wydawali mi się
skoczkowie ze starego mostu. Mieli w sobie taki moment szczerości i
prawdziwości kiedy po zbiórce pieniędzy niczym z odpustu i aplauzie
zniecierpliwionego tłumu, wyciszali się zaraz przed skokiem. Zaraz
po tym krótki dźwięk syreny namaszczał szczerych do bólu twarzy
skoczków, do zderzenia się z taflą rzeki. Jaki odgłos towarzyszył
kiedy most runął w nurt rzeki?
Zadawałem sobie to pytanie za każdym razem kiedy ciało skoczka uderzało z impetem o wodę. Tysiąckrotnie większy, milionkrotnie większy...? Czy odgłos wydała woda, która zmuszona była przyjąć tak ogromny balast, czy odgłos wydał most kiedy pękały spoiny, krzycząc, że spada? To było jednak dla mnie pewne, skok do wody jest tutaj szczery. Tak samo jak mostarskie i sarajewskie psy. Zarówno te bezpańskie, nieme i przestraszone spojrzeniem, jak i te silne stróżujące posesje. Jak choćby z terenu sarajewskiego nadajnika telewizyjnego, przypominającego opuszczona stację międzygalaktyczną, z porozbijanym tynkiem i nadajnikiem wycelowanym w nieszczery przekaz teleodbiorników. Jego ostatni psi mieszkaniec pozostał na stanowisku w miejscu, gdzie ludzie już je dawno potracili. | |







0 komentarze:
Prześlij komentarz